Przegląd kulturalny – odcinek czwarty / styczeń i luty 2016

5 marca 2016

Cześć. Dobrze trafiliście. Dzisiaj na blogu kolejny odcinek przeglądu kulturalnego. Tym razem na tapecie filmy i książki, które obejrzałam lub przeczytałam w styczniu i lutym tego roku. Będzie dużo kryminałów, filmów islandzkich i trochę tych nominowanych do Oscara – razem 10 książek i 10 filmów pełnometrażowych, a i to jeszcze nie wszystko. Najlepiej zróbcie sobie herbaty, ujmijcie kubki w dłoń i rozsiądźcie się wygodnie – zaczynamy!

Pozostałe odcinki przeglądu znajdziecie pod tym tagiem. Gwiazdki pokazują, na ile punktów w dziesięciostopniowej skali oceniłam dany tytuł na lubimyczytac.pl lub filmweb.pl.

Książki:

Ewa Grzelakowska-Kostoglu „Red Lipstick Monster. Tajniki makijażu” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Czasami, kiedy siedzę sobie w swojej korpo po skończeniu wszystkich zadań, mój mózg przypomina wyżętą gąbkę, a do końca pracy zostało jeszcze trochę czasu, dziękuję niebiosom za istnienie YouTube. Nie męcząc się zbytnio, przyswajam wiedzę na tematy językowe, żywieniowe czy właśnie kosmetyczne. (Nie chcę się dzisiaj nad tym rozwodzić, ale jeszcze dla porządku nadmienię, że bynajmniej nie uważam pracy nad własnym wyglądem za objaw umysłowej pustki i stratę czasu.) Konto Ewy, Red Lipstick Monster, jest jednym z tych, które odwiedzam najczęściej. Autorka zaraża pozytywną energią, a jej filmiki są zawsze dobrze przygotowane i przemyślane.

Kiedy więc ukazała się książka, nie zastanawiałam się długo nad jej kupnem (a raczej nad zażyczeniem jej sobie jako prezent od M., jeśli mam trzymać się faktów). „Red Lipstick Monster. Tajniki makijażu” jest świetnym poradnikiem po podstawach makijażu, takich jak na przykład dobór odpowiedniego pędzla czy koloru korektora i podkładu. Minusem dla mnie był fakt, że spora część informacji pokrywała się z tym, czego dowiedziałam się już z filmików Ewy, choć muszę przyznać, że pojawiło się też trochę niepublikowanych wcześniej porad, jak na przykład te dotyczące makijażu dla osób noszących okulary czy wyznaczania idealnego dla własnej twarzy kształtu brwi. Ewa nie boi się rozprawiać z pokutującymi mitami i proponuje własne rozwiązania, wypróbowane na sobie i licznym gronie klientek. W książce znajdziemy też wiele świetnych zdjęć. Podsumowując, polecam poradnik wszystkim, którzy czują się w makijażu dość początkujący i chcieliby dowiedzieć się czegoś więcej.

Anne Berest, Audrey Diwan, Caroline de Maigret, Sophie Mas „Bądź paryżanką, gdziekolwiek jesteś” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Książka, którą dostałam od Mamy M. Która to pewnie nie zajrzała do środka, bo trochę trudno mi uwierzyć, że chciała mi przekazać rady na temat „co robić, żeby myślał, że go zdradzasz” i „nie zapraszaj na własny ślub rodziców i teściów”. Poradnik, napisany z przymrużeniem oka przez cztery odnoszące sukcesy paryżanki, przywodzący mi na myśl artykuły czytane w latach nastoletnich w damskiej prasie. Zawiera wskazówki na temat doboru ubrań i dodatków, urządzania przyjęć czy związków – w większości takie, którymi kierować się nie powinniśmy, bo wyłania się z nich obraz kobiety egoistycznej i niepoukładanej życiowo. Za to muszę przyznać, że zwiedziona nęcącymi opisami bycia paryżanką na chwilę zupełnie zapomniałam, że nie lubię serów pleśniowych, owoce morza budzą we mnie obrzydzenie, a po kieliszku czerwonego wina zasypiam na siedząco.

Robert Galbraith „Żniwa zła” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Robert Galbraith to oczywiście pisarskie alter ego J.K. Rowling, autorki Harry’ego Pottera, a „Żniwa zła” to wydana niespełna dwa miesiące temu trzecia część serii kryminałów, w których główne role odgrywają prywatny detektyw Cormoran Strike i jego asystentka Robin Ellacott. Tym razem do ich agencji przysłana zostaje noga młodej dziewczyny, a Cormoran Strike cofa się w przeszłość, aby odnaleźć jej mordercę. (Dziewczyny, nie nogi.)

Muszę przyznać, że dwie pierwsze części serii połknęłam jednym tchem, jako wierna fanka Harry’ego Pottera czując tu i ówdzie niepowtarzalny nastrój książek J.K. Rowling, choć te o Cormoranie Strike’u nie mają z magią nic wspólnego. Przy trzeciej częsci niestety tego nie czułam, nie wciągnęła mnie też ona tak bardzo jak poprzednie. Niemniej, to moja prywatna opinia, której przeczy naprawdę bardzo pozytywny odbiór książki w internecie, więc zakładam, że najlepiej przekonać się samemu.

Jørn Lier Horst „Poza sezonem” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️, „Psy gończe” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️, „Jaskiniowiec” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

O Jørnie Lierze Horście, norweskim (byłym) policjancie i autorze kryminałów słyszałam już dawno, ale dopiero teraz sięgnęłam po jego książki. Z jakiegoś powodu niestety zaczęto je tłumaczyć na polski od siódmego tomu (i to nie po kolei) i tak „Poza sezonem” to siódma część cyklu, „Psy gończe” – ósma, a „Jaskiniowiec” – dziewiąta. Głównymi bohaterami kryminałów są policjant William Wisting i jego córka, zdolna dziennikarka śledcza Line Wisting. Ich obowiązki zawodowe często się przeplatają. Pracują razem nad sprawą włamań do domków jednorodzinnych i rozpracowaniem szajki narkotykowej („Poza sezonem”), sprawą zabójstwa nastolatki sprzed lat („Psy gończe”) czy śmiercią bardzo samotnego człowieka i serią uprowadzeń młodych kobiet („Jaskiniowiec”). Dzięki swojemu doświadczeniu zawodowemu Horst skrupulatnie oddaje metody pracy policji, które, jak się okazuje, czasami mają niewiele wspólnego z tym, co znajdujemy w innych kryminałach. Każde śledztwo to rozmowy z dziesiątkami świadków, gromadzenie ogromnej ilości dokumentacji i, przede wszystkim, praca i odpowiedzialność naprawdę sporej grupy osób. Wszystkie części bardzo mi się podobały i mogę je z czystym sercem polecić. Gdybym miała się do czegoś przyczepić, to może do nie do końca idealnego tłumaczenia na polski (a może bardziej do niedokładnej korekty), gdyż zdarzają się sporadyczne błędy ortograficzne i fleksyjne, a niektóre zdania z jakiegoś powodu nie grzeszą sensem, a także do niezbyt naturalnych dialogów – na początku lektury myślałam co chwilę, że „Norwegowie to są jednak dziwni”, a potem stwierdziłam, że problem zapewne leży gdzieś indziej.

Ninni Schulman „Nasza słodka tajemnica” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

„Nasza słodka tajemnica” to czwarta część serii kryminałów szwedzkiej autorki Ninni Schulman, której główną bohaterką jest Magdalena Hansson, dziennikarka jednej z niewielkich szwedzkich redakcji. Bardzo lubię całą serię, choć można jej zarzucić, że jest dość mocno „kobieca” – poza wątkiem kryminalnym sporo miejsca w książkach zajmują chociażby sercowe czy rodzicielskie rozterki Magdaleny i innych bohaterów, a dodatkowo rozwinięcie akcji każdej z książek przebiega według dość podobnego schematu. „Nasza słodka tajemnica” opowiada o śledztwie badającym zaginięcie pracownicy opieki społecznej, porusza także problem przemocy w rodzinie. Moim zdaniem jest to jak na razie najlepsza część serii, czytało mi się ją świetnie i czekam na kolejne tomy.

Aneta Ponomarenko „Ostatnie śledztwo” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

„Ostatnie śledztwo” trafiło w moje ręcę zupełnie przypadkiem – przy okazji jakiejś akcji promocyjnej publio.pl ściągnęłam je za darmo w formie e-booka. Do samego końca książki nie zorientowałam się, że jest to trzecia część z serii kryminałów, więc najwyraźniej można je traktować jako odrębne całości. Powieści Anety Ponomarenko to tak zwane „kryminały retro”, a ich akcja rozgrywa się na przełomie XIX i XX wieku w Kaliszu. Styl pisania również jest nieco „retro” (mi przypominał nieco „Lalkę”, która swoją drogą całkiem mi się podobała, kiedy czytałam ją w liceum) i to niestety uświadomiło mi, że na co dzień sięgam po same łatwe w odbiorze książki i trudno jest mi już wciągnąć się w coś nawet odrobinę bardziej wymagającego. Ogólnie jednak oceniam „Ostatnie śledztwo” na plus, choć momentami miałam wątpliwości, czy niektóre z opisanych metod śledczych (jak na przykład badanie odcisków linii papilarnych) były w mniej lub bardziej powszechnym użyciu już w roku 1900, w którym dzieje się akcja książki.

Andrea Maria Schenkel „Dom na pustkowiu” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Cieniutki kryminał na jeden wieczór, królujący podobno na niemieckich listach bestsellerów, opisujący tragedię, która wydarzyła się w latach 50. XX wieku na niemieckiej wsi. Napisany bardzo oryginalnie, w postaci relacji mieszkańców okolicy, bez zachowania chronologii wydarzeń. Niewątpliwie jest to ciekawy pomysł, w którym widać przebłysk talentu autorki, choć przy tej książce zauważyć można jeszcze pewną niezgrabność opisu. Także niestandardowa długość utworu (ni to powieść, ni to opowiadanie) nie działa moim zdaniem na jego korzyść.

David Lagercrantz „Co nas nie zabije” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Kontynuacja bestsellerowej trylogii Millenium Stiega Larssona, do której nastawiona byłam bardzo sceptycznie – książkę Davida Lagerkrantza uważałam za niezbyt moralne czerpanie korzyści ze śmierci autora popularnego dzieła i nie zamierzałam po nią sięgać. Traf jednak chciał, że M. zakupił papierową wersję jeszcze w październiku, a ja któregoś dnia zostawiłam swojego kindle’a u rodziców i rozpaczliwie poszukiwałam czegoś do czytania. Dalszego ciągu możecie się już domyślić.

Oryginalną trylogię czytałam tylko raz, około pięć lat temu, trudno mi więc jednoznacznie ocenić, jak bardzo w kwestii charakteru głównych bohaterów czy sposobu narracji wierna jest jej kontynuacja, nie rzuciły mi się jednak w oczy żadne nieścisłości. Co więcej, pamiętam, że za sprawą przydługich opisów ekonomicznych czy politycznych druga i trzecia część trylogii Larssona lekko mi się dłużyły, za to „Co nas nie zabije” zainteresowało mnie od początku do końca. Podsumowując, kajam się za swoją początkową niechęć i zachęcam do sięgnięcia po dzieło Lagerkrantza. Polecam też Waszej uwadze trochę dłuższą recenzję Natalii ze Szwecjobloga.

Filmy:

Noah Baumbach „Frances Ha” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Czarno-biały film z 2012 roku, opowiadający o 27-letniej dziewczynie z ciągłymi problemami finansowymi i skłonnością do podejmowania złych decyzji, która marzy o karierze tancerki. Mnie urzekła w nim świetna i niesamowicie klimatyczna kreacja głównej bohaterki. Film reklamowany był podobieństwem do obrazów Woody’ego Allena, a w mojej opinii jest nawet lepszy niż co najmniej kilka z nich.

Duke Johnson, Charlie Kaufman „Anomalisa” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Jeden z obrazów nominowanych do tegorocznego Oscara za najlepszy długometrażowy film anonimowa… tfu, animowany, ukazujący historię odnoszącego sukcesy zawodowe mężczyzny w średnim wieku, który, sfrustrowany życiem, zaczyna wpadać w pułapki własnej psychiki. Nie jest źle, ale prawdę mówiąc liczyłam na więcej. No i uwaga, z pewnością nie jest to film dla dzieci. Odrealnienie postaci jak gdyby wręcz zachęciło twórców do rozbudowania scen erotycznych ponad to, co widzimy zazwyczaj w filmach aktorskich.

Dagur Kári „Fúsi” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Islandzka produkcja o Fúsim, czterdziestolatku ze sporą nadwagą, który pasjonuje się okresem drugiej wojny światowej i nadal mieszka z matką. Splot wydarzeń powoduje jednak, że życie Fúsiego zaczyna się zmieniać. W mojej opinii film jest świetny, o spokojnej narracji, opowiadający bardzo po prostu o życiu zwykłych ludzi, a do tego miło się go ogląda, bo sam Fúsi jest chyba najlepszym człowiekiem na świecie.

Richard Linklater „Przed wschodem słońca” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Od komedii romantycznych i romansów jako takich zdecydowanie bardziej wolę dramaty, jednak każdego roku w walentynki robimy z M. wyjątek i staramy się znaleźć jakiś chlubny przykład na to, że dobre filmy romantyczne istnieją. I prawdę mówiąc zazwyczaj nam się to udaje (przed następnymi walentynkami może wręcz podzielę się z Wami listą). W tym roku padło na „Przed wschodem słońca”, czyli film z 1995 roku o dwojgu młodych ludzi, Amerykaninie (Ethan Hawke) i Francuzce (Julie Delpy), którzy poznają się podczas podróży pociągiem i spontanicznie postanawiają spędzić razem noc na ulicach Wiednia. „Przed wschodem słońca” unika banałów, a rozmowy głównych bohaterów i ich przemyślenia na temat życia są autentycznie ciekawe. Polecam – do przyszłych walentynek jeszcze daleko, ale zapewne można też obejrzeć bez okazji.

Richard Linklater „Przed zachodem słońca” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Kontynuacja „Przed wschodem słońca”, której akcja dzieje się po dziewięciu latach od pierwszego filmu. Nie chcę zdradzić za wiele z losów dalszej znajomości Jesse’ego i Celine, więc napiszę jedynie, że znowu widzimy ich razem na ekranie. Tym razem akcja dzieje się podczas jednego popołudnia w Paryżu, a choć rozmowy głównych bohaterów straciły dużo ze swojej nastoletniej naiwności, nadal są naturalne, interesujące i szczere. Film oceniłam odrobinę niżej niż pierwszą część, ale tak czy inaczej uważam, że jest jej zupełnie niezłą i przede wszystkim niewymuszoną kontynuacją.

Richard Linklater „Przed północą” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Jesse i Celine zdominowali nasze walentynki – tego samego dnia obejrzeliśmy jeszcze „Przed północą”, czyli film nakręcony po 9 latach od poprzedniego i jak na razie ostatni z cyklu. Każdy z trzech filmów jest trochę inny, co jest związane także z tym, jak na przestrzeni czasu zmieniali się główni bohaterowie historii. Swoją drogą, cykl z Ethanem Hawkiem i Julie Delpy nie jest jedynym projektem, któremu reżyser Richard Linklater pozostał wierny przez długi czas – to ta sama osoba, która nakręciła Boyhood, czyli film realizowany przez 12 lat. W „Przed północą” Jesse i Celine spędzają wakacje w Grecji, podczas których sporo rozmawiają o łączącej ich relacji. Po raz kolejny miałam wrażenie, że to nie jest kontynuacja, która powstała na siłę, aby zarabiać na sukcesie pierwszej części, a raczej coś, co stworzono z pomysłu, sentymentu i pasji, więc jak najbardziej mogę i ten film polecić.

Lenny Abrahamson „Pokój” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Mój absolutny faworyt spośród tegorocznych oscarowych nominacji za najlepszy film anglojęzyczny. Choć nie mogę powiedzieć, żebym widziała je wszystkie. I chociaż od początku wiedziałam, że nie ma większych szans – nie jest amerykański, nie jest rozdmuchany jak halloweenowy balon i nie ma w nim efektów specjalnych, strzelanin i pościgów. Opowiada o pięcioletnim chłopcu, który całe swoje dotychczasowe życie spędził w jednym miejscu i nie wie, jak wygląda świat na zewnątrz. Polecam bardzo. Trailer niestety zdradza zdecydowanie za dużo z fabuły, więc zachęcam do obejrzenia filmu bez uprzedniego zepsucia sobie zabawy. Ja, co rzadko się zdarza, zdążyłam nawet zapomnieć, co przeczytałam kilka tygodni wcześniej w opisie fimu, i, jak nigdy, zupełnie nie wiedziałam, co się wydarzy.

Grímur Hákonarson „Barany. Islandzka opowieść” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Zgodnie z tytułem film islandzki i o baranach, a raczej owcach, które stanowią sens życia małej islandzkiej społeczności, o nieprzyjaznej północnej naturze i dwojgu braci, skłóconych ze sobą od czterdziestu lat. Całkiem niezły, chociaż w mojej opinii bez rewelacji.

Ari Kristinsson „Brak zasięgu” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Islandzki film dla dzieci o żyjącym w świecie komputerów i komórek chłopcu, który zmuszony jest spędzić kilka dni na dalekiej, nieprzyjaznej północy w towarzystwie swojej nielubianej siostry przyrodniej. W wersji, w której ja go oglądałam, niestety okaleczony niezbyt udanym eksperymentem w postaci czegoś pomiędzy dubbingiem a czytaniem kwestii przez lektora. Obejrzałam z umiarkowanym zainteresowaniem, chociaż nie jest to produkcja najwyższych lotów. Taki sobie średniaczek na spędzenie popołudnia z dzieckiem (ale nie za małym, bo może się przestraszyć wątków nadprzyrodzonych).

Hilmar Oddsson „Zimne światło” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

Kolejna produkcja islandzka, tym razem całkiem wysoko oceniany dramat o mężczyźnie, ktorego życie naznaczone jest tragedią z dzieciństwa. Widz śledzi koleje jego losu, zarówno te współczesne, jak i sprzed kilkudziesięciu lat. Lubię klimaty islandzkie i dramaty, miałam więc wobec „Zimnego światła” wysokie oczekiwania, które niestety nie zostały spełnione. Jak dla mnie było niestety po prostu nudno.

„Ave Maria” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️, „Shok” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️, „Alles wird gut” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️, „Stutterer” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️, „Day One” ⭐️⭐️⭐️⭐️⭐️

W lutym udało mi się także obejrzeć (pozdrowienia dla mojego ulubionego kina Muza w Poznaniu) wszystkie nominowane do tegorocznego Oscara krótkometrażowe filmy aktorskie. Filmy trwały od 12 do 30 minut i muszę przyznać, że wszystkie [bardziej lub mniej, ale] trzymały poziom (zdarzało mi się już wcześniej napotykać krótkometrażówki bardzo krótkie, takie będące zlepkiem psychodelicznych obrazów albo bez jakiegokolwiek rozwoju akcji czy kulminacji na zakończenie), chociaż żaden z obrazów specjalnie mnie nie zachwycił.

Pokrótce i bez spoilerów, czego dotyczyły omawiane filmy:
„Ave Maria” – o izraleskiej rodzinie, która w wyniku wypadku samochodowego utyka na terytorium zamieszkałym przez Palestyńczyków i szuka pomocy u sióstr zakonnych, które złożyły śluby milczenia
„Shok” – o dwóch albańskich chłopcach w terroryzowanym przez Serbów Kosowie
„Alles wird gut” – o mężczyźnie, który po rozwodzie zostaje zdegradowany do roli weekendowego ojca i jego osobliwym spotkaniu z ośmioletnią córką
„Stutterer” – o młodym chłopaku, któremu jąkanie przeszkadza w codziennym funkcjonowaniu i kontaktach z rówieśnikami
„Day One” – o tłumaczce, która pracuje dla wojska amerykańskiego na wojnie w Afganistanie i podczas pierwszego dnia pracy zostaje obarczona niecodziennym zadaniem

Najbardziej przypadły mi do gustu „Alles wird gut” oraz „Stutterer”, zapewne po części dlatego, że opowiadały o codziennym życiu. Fakt, że 60% nominowanych filmów traktowało o wojnie, wydał mi się lekką przesadą i eksploatowaniem „trudnych” tematów trochę na siłę. Najwyżej oceniłam film „Stutterer” i to właśnie on został nagrodzony Oscarem.

Na krótkometrażowkach kończymy dzisiejsze podsumowanie. Jak zawsze chętnie poznam Waszą opinię na temat opisywanych tytułów, jestem także otwarta na wszelkie książkowo-filmowe rekomendacje!

  • Jak zawsze bardzo inspirujący przegląd! Obie z moją mamą gorąco polecamy „Planetę singli”. Zazwyczaj nie spodziewam się zbyt wiele po komediach romantycznych, zwłaszcza polskich, dlatego „Planeta” była dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem. Niesamowicie udany film pod każdym względem. Zdecydowanie zasłużył na swoje rekordy frekwencyjne.

  • Ano dobrze trafiliśmy, ja jak zwykle jestem pod wrażeniem mnogości Twoich kulturalnych podróży! Co do ‚Paryżanki’, może Mama nie chce być zaproszona na ślub?:D Ciekawe, że Horsta wydają od siódmego tomu, ale często bywa tak, że początki są trudne… może w tym wypadku były i wydawnictwo (Smak Słowa? Ciekawe, wcześniej o nim nie słyszałam, ale ostatnio co rusz natykam się na nowe wydawnictwa, to dobrze!) zaczęło od tego, co najlepsze? Zazdraszczam dostępu do Muzy, w Gdańsku nie ma niczego takiego :( Bardzo chcę zobaczyć Pokój, Barany widziałam i podobały mi się, na wskroś islandzkie :)

  • Doszły mnie już słuchy, że jest to całkiem niezły film, ale nie wiedziałam, czy mogę im ufać :D Teraz na pewno spróbuję obejrzeć. Dziękuję za polecenie!

  • Dziękuję za (jak zawsze) taki skrupulatny i merytoryczny komentarz! Z tego, co wiem, od tomu „Poza sezonem” książki Horsta zaczęły zdobywać ważne nagrody, więc na pewno jest coś w tym, co mówisz. Niemniej, ja strasznie nie lubię poznawać jakiejkolwiek serii w kolejności niechronologicznej i trochę mnie takie postępowania zniechęca. Naprawdę nie ma żadnego dobrego kina studyjnego w Gdańsku? :(

  • No tak, zawsze lepiej zaczynać od początku! Przychodzi mi jeszcze do głowy czytanie w oryginale… Albo szwedzkim przekładzie. Prawda, że mamy dużo możliwości? :D W zeszłym zamknięto, żeby zburzyć (!) kino studyjne Neptun na Długim Targu. Bardzo zła polityka… Jest Kino Żak, ale tam nie ma nawet stopniowanych siedzeń, więc to takie kino-niekino. No i z repertuarem Muzy nie ma co go porównywać. :)

  • Och, nie. Po norwesku mogę co najwyżej przeczytać maila od klienta, a nie całą powieść ;) A z tego, co widzę na Wikipedii, Szwedzi tłumaczą tę serię dokładnie tak, jak my, od siódmej części.

    Muza rzeczywiście jest świetna. Spójrz jeszcze na gdański KinoPort – zupełnie go nie znam, ale znalazłam teraz w sieci i repertuar wydaje się interesujący :)

  • Mate

    Jeśli chodzi o film „Barany. Islandzka opowieść” to dla mnie tytuł ma jeszcze drugie dno, związane bezpośrednio z braćmi.

  • Może polskie wydanie tłumaczone jest z tych szwedzkich?

  • Niee, takie praktyki już raczej nie należą do powszechnych. Polskie wydania tłumaczone były bezpośrednio z oryginału.

  • Być może, chociaż tutaj byłabym ostrożna. To, że w języku polskim przypisujemy baranowi konkretne cechy charakteru (głupi, uparty itd.), nie znaczy, że tak samo działa to po angielsku/chińsku/islandzku itd. Takie rzeczy są często właściwie dla danego języka.